Każdy jedzie we własnym przedziale informacyjnym, choć wszyscy siedzimy w tym samym wagonie. Czasem ktoś odbierze połączenie, konspiracyjnie informując cały przedział o swoich sprawach rodzinnych. Poza tym cisza. Dopiero przy wysiadaniu pada krótkie „do widzenia”, choć przecież właściwie nawet się nie przywitaliśmy.
Tym razem było inaczej.
Pociąg ledwie ruszył, a rozmowa potoczyła się szybciej niż skład po wyjeździe z peronu. Zaczęło się, oczywiście, od bieżącej polityki. A ta ostatnio dostarcza scen, których nie powstydziłby się teatr absurdu: Dominika Chorosińska, która postanowiła przemawiać do politycznych przeciwników szczekaniem, Antoni Macierewicz z pistoletem na wodę, Dariusz Matecki skaczący przez płot, czy Maria Kurowska ogłaszająca głodówkę w obronie rektora Sopińskiego z Akademii Wymiaru Sprawiedliwości.
Było też sporo narzekania na Unię Europejską — na nadmiar przepisów, biurokrację i decyzje, które z perspektywy zwykłego obywatela czasem trudno zrozumieć i uznać za rozsądne. Nie zabrakło również spraw znacznie poważniejszych: rosnących cen paliw, bezpieczeństwa Polski, pomocy Ukrainie oraz wojny, która wciąż trwa tuż za naszą granicą.
Przedział szybko stał się małą Polską na szynach. Jechali ze mną: mężczyzna, który po dwudziestu latach wrócił z Anglii, kobieta spiesząca do chorej mamy, dwóch pracowników Polskich Linii Kolejowych. Kilka przypadkowych osób, kilka życiorysów i niemal cały katalog problemów współczesnego świata.
Pan, który wrócił z emigracji, przekonywał, że w Anglii nie da się już normalnie żyć. Opowiadał o rosnących kosztach, pogarszającym się bezpieczeństwie i codzienności, która po latach przestała przypominać spełnione marzenie. Jego zdaniem wiele problemów zaczęło narastać po brexicie, kiedy Wielka Brytania opuściła Unię Europejską. Kiedyś wyjeżdżał z Polski w poszukiwaniu lepszego życia. Dziś lepszego życia postanowił szukać właśnie tutaj — w kraju, który nadal jest częścią europejskiej wspólnoty.
Inny z rozmówców próbował przekonać nas, że wojna w Ukrainie „to nie nasza wojna”. Odpowiedzi padały natychmiast. Że być może nie jest nasza, dopóki rosyjskie rakiety spadają po drugiej stronie granicy. Że Ukraina walczy także o czas, bezpieczeństwo i spokój Polski. Że historia już nieraz udowodniła, iż odwracanie wzroku od cudzej tragedii nie gwarantuje nam świętego spokoju. Momentami rozmowa była gorąca. Poglądy podzieliły się niemal po równo, ale nikt nie wyszedł z przedziału, nie trzasnął drzwiami i nie ogłosił drugiej strony zdrajcami.
Kolejarze opowiadali o rekordowych inwestycjach w tory, linie i całą sieć kolejową. O pracach, których pasażer często nie widzi, choć odczuwa je później w krótszym czasie podróży i większym bezpieczeństwie. Jednak obok liczb, kilometrów i modernizacji pojawił się temat, po którym w przedziale na chwilę zapadła cisza: rosnąca liczba samobójstw na torach, szczególnie wśród młodych ludzi.
Wtedy telefony naprawdę przestały być ważne.
Za każdą taką tragedią kryje się przecież człowiek, jego samotność oraz pytanie, czy ktoś odpowiednio wcześnie zauważył, że dzieje się coś złego. Możemy budować coraz szybsze koleje, remontować następne linie i kupować nowoczesne pociągi, ale postęp państwa mierzy się także tym, czy potrafimy zatrzymać człowieka stojącego nad życiową przepaścią.
Nasze poglądy były podzielone mniej więcej po połowie. Jedni bronili rządu, inni opozycji. Różniliśmy się w ocenie pomocy Ukrainie, gospodarki i polityków. A jednak pod koniec podróży wydarzyło się coś, czego nie przewidują żadne sondaże. Wszyscy zgodziliśmy się, że mimo narzekania, sporów i wielu mankamentów Polska jest dobrym miejscem do życia.
Może właśnie dlatego tak bardzo się o nią spieramy. Nie dlatego, że jest nam obojętna, lecz dlatego, że każdy chciałby urządzić ją po swojemu — trochę lepiej, trochę uczciwiej i trochę bezpieczniej.
Kiedy pociąg zatrzymał się na kolejnej stacji, tym razem nie padło jedynie zdawkowe „do widzenia”. Były uściski dłoni, życzenia zdrowia i podziękowania za rozmowę. Każdy ruszył w swoją stronę, zabierając własne przekonania, troski i nadzieje.
Pomyślałem wtedy, że Polska bardzo przypomina taki kolejowy przedział. Nie zawsze sami wybieramy współpasażerów, nie zawsze zgadzamy się co do kierunku i nie wszystkich jednakowo lubimy. Najważniejsze jednak, abyśmy nie próbowali wyrzucać się z jadącego pociągu. Bo choć wysiadamy na różnych stacjach, przez znaczną część drogi jedziemy razem — i tylko od nas zależy, czy tę podróż spędzimy z nosami w telefonach, czy patrząc sobie w oczy.
Henryk Szopiński.

Napisz komentarz
Komentarze