Wracam do domu po 67. posiedzeniu Sejmu. Dziś z przesiadkami, bo mój pociąg odjechał beze mnie. Człowiek chciałby już myślami być w domu, a tymczasem musi zejść na ziemię — i znaleźć sobie miejsce do siedzenia.
Za nami posiedzenie pełne emocji, zaskoczeń i głosowań, przy których niejeden zbyt wcześnie odetchnął z ulgą. A na koniec jeszcze Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz ogłosiła odejście z rządu i z partii. Scenarzysta serialu politycznego pewnie usłyszałby, że przesadził. W Sejmie wystarczyło poczekać do wieczora.
Wydawało się, że największe emocje wzbudzą ustawy dotyczące aborcji. Temat trudny, obciążony latami sporów i niespełnionych obietnic. Za parlamentarnymi przemówieniami stoją przecież konkretne kobiety, ich zdrowie, strach i dramatyczne decyzje. Sejm uchwalił zmiany dotyczące częściowej dekryminalizacji aborcji i pomocy w jej przeprowadzeniu oraz przywrócenia możliwości przerwania ciąży z powodu ciężkich wad płodu. Ważny krok, choć droga ustawodawcza jeszcze się nie skończyła.
Tymczasem największy polityczny huk przyszedł od Kodeksu wyborczego. Z pozoru materia dla prawników i samorządowców. Żadnych fajerwerków. Ot, limit kadencji.
A jednak.
Projekt znoszący dwukadencyjność wójtów, burmistrzów i prezydentów miast przepadł. Za było 213 posłów, przeciw 215, dziewięcioro wstrzymało się od głosu. Dwa głosy różnicy, trzech dodatkowych głosów „za” zabrakło do zwycięstwa. Tyle wystarczyło, żeby misternie układane polityczne rachunki trzeba było liczyć od początku.
Zwolennicy zniesienia limitu kadencji nie kryli rozczarowania. Za nimi wiele rozmów, przekonywania i tłumaczenia. Ich argument był prosty: skoro mieszkańcy chcą ponownie wybrać sprawdzonego gospodarza, dlaczego ustawa ma im odbierać tę możliwość? Przeciwnicy odpowiadali, że władza z czasem się zużywa, obrasta siecią znajomości i coraz trudniej ją zmienić. Jak ujął to jeden z nich — „betonuje się”.
O tym warto się spierać. Sam znam samorządowców, których doświadczenie jest dla mieszkańców ogromną wartością. Ale rozumiem też tych, którzy chcą otworzyć lokalną politykę na nowych ludzi. Demokracja wymaga rozmowy o jednym i drugim. Najlepiej zanim zacznie się odliczanie do głosowania.
Po ogłoszeniu wyniku zaczęło się liczenie: kto był za, kto przeciw, a kto się wstrzymał. Nawet w poszczególnych klubach nie było zgody. W Polsce 2050 sześć osób poparło zmianę, trzy były przeciw, a trzy się wstrzymały. Podobne podziały pojawiły się w KO, Lewicy i Centrum. Trudno więc obarczać odpowiedzialnością jeden klub, choć zapewne nie zabraknie takich prób.
Koalicja nie musi zgadzać się we wszystkim. Każdy poseł ma prawo do własnego zdania. Ale przed ważnym głosowaniem warto wiedzieć, czy jest porozumienie i wystarczające poparcie, czy tylko nadzieja na dobry wynik. Bo sama nadzieja głosowania nie wygra.
Wieczorem przyszła wiadomość o odejściu z rządu minister funduszy i polityki regionalnej Katarzyny Pełczyńskiej-Nałęcz. W oświadczeniu mówiła o wartościach i utrzymaniu dwukadencyjności. Widać jednak, że chodziło o coś więcej niż jedno głosowanie.
Sytuacja mogła dziwić: minister sprzeciwiała się zmianie, projekt upadł, a mimo to ogłosiła odejście z rządu. W tej sprawie wynik był więc po jej myśli, ale porozumienia zabrakło. Nawet ktoś, kto uważnie śledzi politykę, mógł się w tym pogubić.
Patrzę przez okno. Za nim miejscowości, w których jutro rano ktoś otworzy sklep, ktoś pojedzie do pracy, ktoś będzie próbował zapisać dziecko do lekarza. W Warszawie jeszcze długo będziemy roztrząsać, kto kogo zaskoczył i komu zabrakło głosów. Mieszkańcy mają prostsze pytanie: co z tego wszystkiego wynika dla nas?
Wracam do domu z myślą, że przed kolejnym głosowaniem warto lepiej policzyć głosy i spokojniej ze sobą porozmawiać. Bo wyborcy nie oczekują od nas zgody we wszystkim. Oczekują, że mimo różnic potrafimy wspólnie rządzić.
Henryk Szopiński
