Po wakacyjnej przerwie znów w pociągu do Warszawy. Kierunek: Sejm. Za oknem przesuwa się znajomy krajobraz, a ja przeglądam harmonogram najbliższych dni. Trzy dni komisji, posiedzenia, głosowania, debaty. Plan napięty do granic możliwości – prace zaplanowane nawet do drugiej w nocy. Parlamentarna rzeczywistość wraca bez okresu przejściowego. Od razu na najwyższe obroty.
Można jednak przewidzieć, że choć porządek obrad jest obszerny, medialna i polityczna uwaga skupi się przede wszystkim na dwóch sprawach: aferze Zondacrypto oraz próbie odrzucenia w głosowaniu trzeciego weta prezydenta. Będą konferencje, komentarze, ostre słowa i wzajemne oskarżenia. Polityczny wrzesień rozpocznie się głośno.
Ale zanim dojadę do Warszawy, obserwuję zupełnie inny świat.
W pociągu mnóstwo młodych ludzi. Odświętnie ubrani, uśmiechnięci, podekscytowani. Rozmawiają, żartują, opowiadają sobie, co wydarzyło się przez wakacje i co może przynieść najbliższy rok. Wracają z inauguracji nowego roku szkolnego. W końcu dziś 1 września.
Patrzę na nich i myślę, że właściwie tak powinien wyglądać ten dzień. Młodość, plany, ciekawość świata. Nowe zeszyty, nowe znajomości, może pierwsze poważniejsze decyzje dotyczące przyszłości. Dla jednych kolejna klasa, dla innych matura, dla jeszcze innych pierwszy dzień w nowej szkole.
A jednocześnie na ekranie telefonu pojawiają się relacje z Westerplatte i innych miejsc, w których trwają uroczystości upamiętniające 87. rocznicę wybuchu II wojny światowej.
Ten sam dzień. Pierwszy września.
Dwie rzeczywistości, które dzieli niemal dziewięć dekad.
My żyjemy codziennością. Umawiamy spotkania, planujemy pracę, szkołę, weekend. Kłócimy się o politykę, narzekamy na korki, ceny i pogodę. Zastanawiamy się, co zrobić jutro i gdzie pojechać za tydzień. I dobrze. Normalność jest przecież czymś, o co warto zabiegać.
Ale gdzieś z tyłu głowy pozostaje historia.
Bo 1 września przypomina, jak krucha potrafi być zwyczajność. W 1939 roku ludzie również mieli swoje plany. Dzieci miały rozpocząć szkołę. Dorośli szli do pracy, myśleli o rodzinach, codziennych obowiązkach, nadchodzącej jesieni. Nikt nie budzi się rano z przekonaniem, że właśnie zaczyna się jedna z największych tragedii w historii świata.
Dzisiaj wojna znów nie jest dla nas pojęciem z podręcznika.
Od ponad czterech lat trwa za naszą wschodnią granicą. W Ukrainie każdego dnia giną ludzie. Rakiety spadają na miasta, niszczone są domy i szkoły. Rodziny żyją w rzeczywistości, którą my szczęśliwie znamy przede wszystkim z telewizyjnych obrazów. A przecież również oni jeszcze kilka lat temu planowali kolejne dni i tygodnie dokładnie tak samo jak my.
Dlatego wracają do mnie słowa Mariana Turskiego: „Auschwitz nie spadło z nieba”.
To zdanie jest ostrzeżeniem przed przekonaniem, że największe tragedie pojawiają się nagle, bez wcześniejszych sygnałów. Zanim przychodzi katastrofa, często wcześniej są obojętność, pogarda, język nienawiści, przyzwolenie na przemoc i przekonanie, że „nas to przecież nie dotyczy”.
Historia nie musi się powtarzać w identyczny sposób ale jej echa potrafią być niebezpiecznie znajome.
Dlatego bezpieczeństwo Polski nie jest abstrakcyjnym tematem kolejnej sejmowej debaty. Sojusze, silna armia, odporne państwo i solidarność z Ukrainą nie są politycznymi sloganami. Są ceną, którą płacimy za to, żeby pierwszy września pozostawał dla kolejnych pokoleń przede wszystkim dniem rozpoczęcia szkoły.
Pociąg jedzie dalej. Młodzi ludzie obok nadal się śmieją. Ktoś opowiada o nauczycielu, ktoś o planie lekcji, ktoś już planuje najbliższy weekend.
Za kilka godzin będę siedział w sali komisji, jutro na sali plenarnej. Będziemy spierali się o ustawy, weta, afery i odpowiedzialność polityczną. Tak działa demokracja. Czasem głośno, czasem chaotycznie, czasem do drugiej w nocy.
I może właśnie w ten pierwszy wrześniowy dzień warto pamiętać, po co ten cały spór.
Żeby ci młodzi ludzie siedzący dziś w pociągu mogli spokojnie spierać się o oceny, maturę, studia i swoje plany na przyszłość.
Żeby ich największym zmartwieniem pierwszego września pozostał plan lekcji.
Obyśmy nigdy nie uznali tej zwyczajności za coś, co jest nam dane raz na zawsze.
Henryk Szopiński
