Mam dzieci i – jak wielu rodziców – należę do kilku grup na popularnych komunikatorach internetowych jednocześnie. Przedszkole, grupa , zajęcia dodatkowe, czasem jeszcze osobna grupa „organizacyjna”, osobna dla aktywności i oczywiście nieformalna grupa „tych bardziej wtajemniczonych”.
Telefon potrafi zawibrować kilkadziesiąt razy w ciągu godziny, a ja coraz częściej zastanawiam się, czy to jeszcze narzędzie do komunikacji, czy już społeczny eksperyment cierpliwości.
Bo grupy rodziców w mediach społecznościowych miały nam ułatwić życie. Miały pomagać. Szybki kontakt, ważne informacje, przypomnienie o składce, wycieczce, stroju galowym albo tym, że jutro dzieci przynoszą rolkę po papierze, trzy kasztany, zielony brystol i najlepiej odrobinę kreatywności rodzica po godzinach pracy.
W teorii brzmi świetnie.
W praktyce? Czasami przypomina serial obyczajowy połączony z debatą polityczną, sądem społecznym i konkursem na najbardziej agresywną wiadomość miesiąca.
„Czy ktoś wie, co przynieść na jutro do przedszkola?”
To zwykle zaczyna się niewinnie.
Grupa klasowa czy przedszkolna powstaje z potrzeby organizacji. Ktoś zakłada komunikator, dodaje rodziców i przez pierwsze dni wszystko działa idealnie. Informacje są konkretne. „Jutro wycieczka”. „Prosimy o podpisanie zgody”. „Dzieci mają mieć obuwie zmienne”.
Potem przychodzi codzienność.
„Czy jutro jest basen?”
„A dzieci mają mieć biały czy kremowy t-shirt?”
„Moja córka mówi, że jutro nie ma lekcji, czy to prawda?”
„Czy ktoś może wysłać zadanie z matematyki?”
I nagle jedna wiadomość zamienia się w 86 powiadomień. Człowiek wraca z pracy, patrzy na telefon i zastanawia się, czy przypadkiem nie przegapił końca świata.
Najgorsze jest to, że w ogromie informacji łatwo zgubić tę jedną naprawdę ważną.
Rodzice kontra rodzice
Nie wiem, kiedy dokładnie grupy zaczęły zamieniać się w miejsce społecznych napięć, ale stało się to szybciej, niż wielu chciałoby przyznać. Bo wystarczy jedna decyzja szkoły albo przedszkola.
Wycieczka za droga.
Zupa była niedobra.
Pani za późno odpisała.
Ktoś nie dopilnował stroju na występ.
I zaczyna się festiwal opinii.
Najpierw delikatnie.
„Nie chcę nikogo oceniać, ale…”
To jedno zdanie powinno mieć chyba własny sygnał alarmowy. Bo zaraz po nim zwykle następuje elaborat, który ocenia wszystko i wszystkich.
Później pojawiają się sojusze. Jedni przytakują, inni milczą, jeszcze inni próbują tonować emocje. W końcu grupa dzieli się na obozy. Są „ci od krytyki”, „ci od bronienia nauczycieli” i ogromna grupa ludzi, którzy tylko czytają i modlą się, żeby nikt nie oznaczył ich w dyskusji.
Plotki żyją tam szybciej niż oficjalne informacje
To chyba jedna z najbardziej niepokojących rzeczy. Wystarczy niedopowiedzenie.
„Słyszałam coś…”
„Podobno…”
„Ktoś mi mówił…”
I rusza lawina.
Nagle pół grupy wie o sytuacji, która w rzeczywistości nigdy nie miała miejsca albo wyglądała zupełnie inaczej.
Ktoś podobno odchodzi ze szkoły.
Ktoś miał powiedzieć coś niestosownego.
Ktoś podobno faworyzuje dzieci.
W świecie grupowych komunikatorów informacje żyją własnym życiem. Czasem szybciej niż prawda zdąży założyć buty. A przecież po drugiej stronie są konkretni ludzie – nauczyciele, wychowawcy, dyrektorzy, dzieci i rodzice.
Problem w tym, że ekran telefonu dziwnie zmniejsza empatię.
Najbardziej cierpią dzieci
I tu zaczyna się najważniejszy problem.
Bo choć grupy tworzą dorośli, konsekwencje często ponoszą najmłodsi. Dziecko nie wie, że rodzice się pokłócili na komunikatorze. Nie rozumie napięć między dorosłymi. Ale doskonale wyczuwa emocje.
Słyszy rozmowy przy stole.
„Ta nauczycielka to przesadza.”
„Rodzice z tej klasy są niemożliwi.”
„Nie zadawaj się z nim.”
„Ich matka zawsze robi problemy.”
I nagle konflikt dorosłych zaczyna żyć w świecie dzieci. Powstają podziały.
Dzieci zaczynają powtarzać zasłyszane opinie. Tworzą się grupki, niechęci, czasem nawet wykluczenie. To, co miało służyć komunikacji, zaczyna wpływać na relacje między najmłodszymi.
Publiczne ocenianie nauczycieli
Jest jeszcze coś, co budzi mój ogromny dyskomfort. Omawianie prdagogów za ich plecami. Nie konstruktywna krytyka. Nie rozmowa w cztery oczy. Ale zbiorowe ocenianie.
„Pani sobie nie radzi.”
„Nie nadaje się.”
„Powinna odejść.”
Czasem czytam takie wiadomości i zastanawiam się, czy autorzy naprawdę wyobrażają sobie, że ktoś może kiedyś zrobić to samo z nimi w ich miejscu pracy.
Każdy zawód podlega ocenie. To naturalne. Ale grupowe nakręcanie emocji rzadko prowadzi do rozwiązania problemu.
Najczęściej prowadzi do frustracji. I do coraz większego podziału.
Grupa działa 24 godziny na dobę
Najbardziej męczące jest jednak coś innego. Brak końca. Powiadomienia nie kończą się po godzinie 15.00.
Potrafią pojawić się o 22.30. W niedzielę. W święta.
„Przepraszam, że tak późno…”
A potem 48 wiadomości odpowiedzi.
Mam czasem wrażenie, że rodzicielstwo weszło w tryb permanentnego dyżuru informacyjnego.
Kiedyś dziecko wracało ze szkoły i mówiło, co trzeba przynieść. Dziś rodzic musi śledzić kilka kanałów komunikacji, żeby przypadkiem nie przeoczyć informacji o dniu piżamy, kolorze koszulki albo składce płatnej „najlepiej do jutra rano”.
Ale nie wszystko jest złe
Żeby było uczciwie – grupy mają też ogromne zalety. Pomagają w kryzysowych sytuacjach.
Ktoś przypomni o konkursie.
Ktoś wyśle zdjęcie pracy domowej.
Ktoś odbierze dziecko awaryjnie.
Ktoś podpowie, gdzie kupić strój na przedstawienie, którego – oczywiście – trzeba było szukać dzień wcześniej.
Bywają też miejsca ogromnej solidarności. Wsparcia dla rodzin w trudnej sytuacji, organizacji zbiórek, pomocy po chorobie czy zwyczajnej życzliwości. Problem zaczyna się wtedy, gdy grupa przestaje służyć komunikacji, a zaczyna żyć własnym życiem.
Może potrzebujemy nowych zasad?
Po kilku latach bycia w kilku grupach jednocześnie mam jedno przemyślenie. Brakuje nam cyfrowej kultury komunikacji.
Może wystarczyłoby kilka prostych zasad.
Nie piszmy pod wpływem emocji. Nie oceniajmy ludzi publicznie. Nie twórzmy teorii na podstawie plotek. Nie róbmy z grupy centrum rodzinnego wszechświata.
I przede wszystkim – pamiętajmy, że po drugiej stronie telefonu siedzą ludzie. Pedagodzy, którzy też mają swoje granice. I dzieci, które bardzo szybko uczą się od dorosłych, jak rozmawiać ze sobą nawzajem. Bo jeśli my, dorośli, zamienimy komunikację w pole walki, trudno później oczekiwać, że najmłodsi będą budować świat oparty na szacunku.
A czasem naprawdę wystarczyłaby jedna wiadomość mniej.
Albo jedna napisana odrobinę spokojniej.
Karol Potapowicz














Napisz komentarz
Komentarze