Pałacyk myśliwski w Kujanie i jego właściciele

  • 22.05.2020, 23:42 (aktualizacja 22.05.2020, 23:54)
  • iej
Pałacyk myśliwski w Kujanie i jego właściciele
O pałacyku myśliwskim w Borach Kujańskich nad jeziorem Borowno, spalonym w 1945 roku, do dziś krążą legendy. Powszechnie mówi się, iż jego właścicielem był książę Fryderyk Leopold Hohenzollern. Rzadko zaś kiedy wspomina się, że po śmierci księcia w 1931 roku władztwo pałacyku przejął książę Christian von Lippe, który wraz rodziną mieszkał tam od 1937 roku do roku 1945. Kilka lat temu dzięki uprzejmości Romana Rożeńskiego uzyskałem dodatkowe informacje, które z kolei on uzyskał od jednej z pań, Polki będącej na służbie w pałacyku u małżeństwa von Lippe. Osoba ta zastrzegła sobie anonimowość

 

Artykuł Witolda Poczajowca z 2014 roku, ukazał się w Panoramie Złotowskiej:

Ale wpierw pokrótce o pierwszym właścicielu pałacyku i rozleglej bogatej domeny Złotów – Krajenka, bratanku ostatniego cesarza Niemiec, Wilhelma III. Urodzony w 1865 roku w Berlinie w wieku 10 lat wstąpił do Korpusu Kadetów. Wojskowa kariera księcia obfituje w ciekawe fakty – zdarzenia. Podczas wojny rosyjsko – japońskiej (1904 – 1905) był doradcą po stronie centrali rosyjskiej. Karierę wojskową zakończył jako generał pułkownik w 1910 roku.

Pałacyk w Borach Kujańskich wybudował w 1913 roku. Po I wojnie światowej to dzięki dynastycznym powiązaniom księcia z wpływowymi rodami arystokratycznymi Europy, a głównie dworu angielskiego, zachodnia część powiatu złotowskiego pozostała w państwie niemieckim. Ale to samo państwo niemieckie jakiś czas po abdykacji cesarza pięknie się księciu odpłaciło. Przez kilka lat trwał proces wywłaszczeniowy dóbr księcia, między innymi, z części domeny Złotów –Krajenka. W konsekwencji, posiadłości księcia zostały mocno okrojone. Księcia bezskutecznie próbowano ubezwłasnowolnić, zarzucając mu, oględnie mówiąc, lekkomyślność w zarządzaniu swoimi dobrami. Fryderyk Leopold przebywał głównie w Szwajcarii oraz w swoim drugim, znacznie bardziej okazałym pałacyku myśliwskim w Glienicke koło Poczdamu. Do Kujana zjeżdżał wraz z zaprzyjaźnioną arystokracją głównie na polowania. W kujańskim pałacyku osiadł na stałe, mocno zgorzkniały, unikający towarzystwa, pod koniec swego życia. Zmarł w 1931 roku. Jest też jeden inny ciekawy fragment jego życiorysu, o którym wcale nie wspomina się w złotowskich annałach, chyba także nigdzie nie wspomina o tym w swoich kronikach Erich Hoffmann. Mianowicie, książę był protektorem pruskiej masonerii. Zachowało się, między innymi, pismo z jego podpisem 1889 roku zezwalające na założenie w Warszawie polowej loży masońskiej podległej Wielkiej Loży Prus.

Po śmierci księcia jego spadkobiercą pozostała osoba nieletnia. W jej imieniu dobrami złotowsko krajeńskimi zarządzał Christian von Lippe. Niewykluczone, iż dobra wokół pałacyku myśliwskiego przeszły na własność w jego ręce. Książę von Lippe pochodził ze zubożałego rodu Schaumburgów. Po I wojnie światowej zlikwidowano maleńkie księstwo Schamburg.

Na stałe książę von Lippe wraz z małżonką zamieszkali w pałacyku myśliwskim w 1937 roku i tam pozostali do stycznia 1945 roku. O tym właśnie okresie opowiedziała p. Rożeńskiemu osoba pragnąca zachować anonimowość, a którą dla wygody relacji w dalszej części nazwijmy panią Heleną.

Wybranką serca księcia von Lippe była duńska księżniczka Fedora. Ona, rocznik 1910. On, rocznik 1898. A był to ślub, o którym rozpisywała się cała ówczesna bulwarowa prasa duńska. Uroczystość odbyła się w rodowej miejscowości księżnej na zamku we Fressenburg, miasteczku o starych, królewskich tradycjach.

Już o godzinie 7 rano, 9 września 1937 roku pod oknami zamku gromadzili się gapie by ujrzeć w oknie pannę młodą. Cały zamek był w kwiatach przyniesionych przez mieszkańców. Powiewały duńskie flagi, ulice miasteczka pomalowane były w kolorach duńskiej flagi. Panna młoda w białej, długiej sukni z trenem, diademem na głowie i olbrzymim bukietem kwiatów w dłoniach. Po zaślubinach w kościele orszak weselny uliczkami miasta przeszedł na zamek. Tłumy były tak wielkie, że porządku na ulicach musiała pilnować policja.

Zagadką pozostaje czemu młoda para odsunęła się od życia światowej arystokracji, zaszywając się w leśnej głuszy myśliwskiego pałacyku. A nie była to wcale tak wielce luksusowa posiadłość jak wyobrażano sobie po wojnie, kiedy zabudowania zniknęły z powierzchni ziemi. A jak tam było opowiada pani Helena.

Do pałacyku od strony szosy na Lipkę prowadziła kilka kilometrów przez las bita droga, do dziś całkiem przejezdna. Dojeżdżając tą drogą do jeziora, na cyplu znajdował się piętrowy, podłużny dom zbudowany w stylu bogatych mieszczan. Wszystkie wnętrza urządzone były także w mieszczańskim stylu. Na parterze w układzie amfiladowym znajdowały się saloniki, w tym reprezentacyjny, gęsto obwieszony myśliwskimi trofeami. Na piętrze były sypianie gospodarzy, ich członków rodzin oraz urodzonych tu wcześniej trójki dzieci. Były też osobne sypialnie dla gości. Razem dwadzieścia pokoi. W odległości kilkudziesięciu metrów od budynku, po prawej stronie patrząc na jezioro znajdowały się zabudowania gospodarcze. Powozownia, garaż na limuzynę i samochód dostawczy, a na piętrze zabudowań pomieszczenia mieszkalne dla służby. Służba składała się z pięciu kobiet i dwóch mężczyzn. Dwie kucharki, bona do dzieci, pokojówka oraz sprzątaczka. Oprócz pani Heleny na służbie była jeszcze jedna Polka. Jeden z mężczyzn zatrudniony był do obsługi agregatu, jako że do posiadłości nie dochodził prąd. Drugi w zależności od potrzeb był albo stangretem, albo szoferem. Chleb na co dzień pieczono w elektrycznym piecu, co na owe czasy było rzadkością. Produkty żywnościowe przechowywano piwnicach – chłodniach. Ryb i dziczyzny było zawsze pod dostatkiem.

Księżna, piękna dama, dużo czasu spędzała na czytaniu książek. Natomiast jej małżonek wiele czasu spędzał na słuchaniu radia, od czasu do czasu polował. Czasy zarówno przed wybuchem wojny, jak i w trakcie wojny nie służyły częstemu zapraszaniu gości. Nie było więc arystokratycznych balów i polowań. Jak wspomina pani Helena z kolei państwo z wizytami wyjeżdżało głównie do Danii, do rodziny Fedory. Zawsze ze sobą zabierali miejscowe masło i śmietanę, które ponoć były smaczniejsze jak w Danii. Kiedy w styczniu 1945 roku zbliżał się front z rosyjskim wojskiem, książę zapowiedział, że pozostanie na miejscu. Ale w nocy, około 20 stycznia przyjechało Gestapo i księcia zabrano do Złotowa. Na drugi dzień zajechały samochody i służba szybko musiała pakować rzeczy. W tym pospiechu księżna zostawiła na schodach swoja torebkę. W ostatniej chwili zauważyła to pani Helena i odniosła do samochodu. Z reakcji i podziękowań przypuszczała, że w torebce musiały znajdować się rodowe precjoza państwa.

Po wyjeździe państwa służba pozostała na miejscu. Kiedy przyszedł front trzy kobiety przez tydzień siedziały schowane w piwnicy. Kiedy wyszły, Rosjanie nie zrobili im żadnej krzywdy, bowiem pani Helena dobrze mówiła po polsku. Wojskowi nakazali im powrót do domów. Żadna z nich nie widział,a by palono pałacyk. Do dziś nie jest ustalone, kto tak naprawdę pałacyk spalił.

Książę zmarł w Niemczech w 1974roku, a wkrótce po tym jego małżonka Fedora.

Witold Poczajowiec

Archiwalne fotografie pochodzą z archiwum Romana Rożeńskiego.

****

Pozwolę sobie na maleńki dopisek do tekstu mojego redakcyjnego kolegi. Pod koniec II wojny św. w pałacyku nad Borownem znalazło swoją siedzibę Centralne Biuro Wyżywienia Rzeszy, uciekając w 1944 roku z Berlina. Stąd decydowano o podziale żywności dla zagrożonych atakiem wojsk Niemiec, było tam aż 80 urzędników! Pod koniec działań wojennych w zameczku stacjonowała elitarna jednostka pancerna Wehrmachtu.

Natomiast rodzina Lippe znalazła się w Kujanie, bo syn Fryderyka Leopolda II, książę Joachim, poślubił księżną Marie Luise Dagmar Bathildis Charlotte of Schaumburg-Lippe, siostrę opisywanego w tekście powyżej księcia duńskiego Christiana. Były to więc koneksje rodzinne szlacheckiego, najwyższego szczebla...

Janusz Justyna

iej

Zdjęcia (3)

Podziel się:

Oceń:

Komentarze (2)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.

Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu www.pzl24.pl z siedzibą w Złotowie, który jest administratorem twoich danych osobowych dla celów związanych z korzystaniem z serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne. Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania.
Jasiu
Jasiu 23.05.2020, 07:04
Jest taka piosenka: "Szli na zachód osadnicy, z Łobżenicy szabrownicy" - są przypuszczenia, ze to właśnie szabrownicy (niekoniecznie z Łobżenicy) podpalili pałac.
historia
historia 23.05.2020, 09:56
To prawdopodobna wersja, mój nieżyjący sąsiad twierdził że nocami tam działy się dziwne rzeczy tzw. szaber. Rozkradli to i spalili ludzie przyjezdni na te tereny, przy czym byli bardzo agresywni i tutejsza ludność ich się bała.

Pozostałe